Wtorek, 22 sierpnia 2017

Bez tarczy wojownik jest łatwym celem...

2013-07-15 12:45:47 (ost. akt: 2013-07-15 14:27:22)
Posłuszeństwo w Kościele nie oznacza bezmyślności, ale świadome uznanie, że droga wyznaczona przez Kościół, jest zamysłem Boga.

Posłuszeństwo w Kościele nie oznacza bezmyślności, ale świadome uznanie, że droga wyznaczona przez Kościół, jest zamysłem Boga.

Autor zdjęcia: sxc.hu

Podziel się:

Postać samotnego buntownika, który odważnie sprzeciwia się wszechobecnemu złu, to wizja, która pociąga wielu. Ale taki wojownik może bardzo łatwo stracić swoją najsilniejszą tarczę – pokorę. A wtedy zbacza ze swojej drogi…

Lubimy oglądać filmy, w których samotny bohater zmaga się z całym światem w imię wyższego dobra. Komu nie imponuje William Wallace, bohater „Walecznego Serca” czy Maximus z „Gladiatora”? Ich postawa jest dla wielu z nas wzorem do naśladowania. I bardzo dobrze, bo prezentują sobą wartości, których dzisiejszy świat coraz mocniej potrzebuje. Inspirowani takimi postaciami (nie zawsze fikcyjnymi), nierzadko próbujemy sami obrać podobną drogę. I tu zaczynają się schody.

Pokora to tarcza


Wyobrażamy sobie nas samych idących przez życie, a w tle dźwięczą słowa Herberta „Idź wyprostowany wśród tych, co na kolanach…”. To nam dodaje sił i poczucia misji. Tylko Jezus mówi coś odwrotnego – padnij na kolana! Nikt nie mówi, że nie mamy być wojownikami. Mamy - i to bardzo odważnymi! Ale nie możemy zapominać, że to nie my zbawimy świat - to zrobił Jezus. W naszej walce musimy zaprzyjaźnić się z pokorą. To paradoks, bo wojownik kojarzy się z kimś wybitnie niepokornym, ale nie ma innej drogi. Pokora jest jednym z fundamentów chrześcijaństwa i bez niej przegramy. Żaden chrześcijanin nie wytrwa na polu bitwy, jakim jest współczesny świat, jeśli nie nauczy się być pokornym. Pokora to nasza tarcza.

Nie musimy daleko szukać przykładu pokornego wojownika. Wszyscy znamy historię bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Charyzmatyczny kapłan, przeciwko któremu zwróciła się w pewnym momencie cała machina systemu. A on trwał w pokorze i wygrywał – nawet, gdy został zamordowany przez SB, wygrał, bo ostatecznie to on został wyniesiony na ołtarze. To ktoś, kogo możemy i powinniśmy naśladować.

Zagubiony wojownik


Wojownik, który zgubi swoją ścieżkę, jest niebezpieczny. Gdy wejdzie we mgłę, może uderzać na ślepo. W ostatnich dniach głośno w mediach o ks. Wojciechu Lemańskim i jego konflikcie z abp Hoserem. Media relacjonujące całą sytuację tworzą obraz „jedynego sprawiedliwego”, który ma odwagę mówić prawdę o polskim Kościele (podczas gdy wszyscy pozostali księża mają się bać), który ma odwagę walczyć o zwykłych ludzi i przede wszystkim nie boi się myśleć samodzielnie. Drugi Popiełuszko? Nie, a przynajmniej jeszcze nie dziś.

Ks. Lemański, jak każdy kapłan, podczas swoich święceń dobrowolnie przysiągł posłuszeństwo i cześć swojemu biskupowi. Teraz zdaje się o tym nie pamiętać. Zrozumiałe jest, że w sytuacji, w której on sam czuje się skrzywdzony, trudno o pokorę i posłuszeństwo. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Jezus przyjmował niesprawiedliwe cierpienia bez słowa. Podobnie św. Ojciec Pio, który był wielokrotnie karany przez swoich przełożonych, nie protestował, tylko znosił wszystko z pokorą. Nie jest sztuką być posłusznym, gdy decyzje przełożonych w pełni nam odpowiadają.

Jedyny sprawiedliwy


Z obrazu ks. Lemańskiego przedstawianego w mediach głównego nurtu wyłania się przede wszystkim obraz księdza, który „potrafi myśleć samodzielnie”. W komentarzach nt. sprawy ks. Lemańskiego powtarzają się stwierdzenia, że katolikom nie wolno myśleć samodzielnie, bo robi to za nich Kościół. Oczywiście, że nie tylko wolno, ale trzeba nam myśleć samodzielnie, a szczególnie księżom. Skoro tak, to gdzie tu wina księdza z Jasienicy? Ks. Lemański miał prawo mieć własne zdanie nt. dialogu katolicko-żydowskiego, mógł mieć krytyczne zdanie nt. postępowania niektórych biskupów w kwestiach zwalczania pedofilii. Nikt mu tego nie zabraniał – kiedy dzieje się coś złego, nawet w Kościele budowanym przecież przez nas, grzesznych ludzi, trzeba o tym głośno mówić. Ale ks. Lemański poszedł dalej. Zaczął podważać jasne stanowisko Kościoła w kwestiach bioetycznych, głównie w sprawie in vitro. A to już przekroczenie pewnej granicy, bo ks. Lemański korzysta z tzw. „autorytetu sutanny” – nie mówi tylko jako on, osobiście, ale jako ksiądz katolicki. Gdy ksiądz publicznie kwestionuje nauczanie Kościoła, wśród wiernych pojawia się zamęt. To jak cięcie mieczem na ślepo – mogą ucierpieć niewinni ludzie, którym rozmyje się stanowisko Kościoła. Przykro było patrzeć, gdy w programie Tomasza Lista ks. Lemański i redaktor Terlikowski siedzieli po dwóch stronach barykady. Merytorycznie, racja była po stronie byłego naczelnego Frondy. Kolejne wypowiedzi ks. Wojciecha, w których „podszczypywał” Episkopat, kolejne sprzeciwy wobec decyzji swojego biskupa czy niestosowanie się do zakazu wypowiedzi w mediach… to wszystko doprowadziło do jedynie słusznej w tych okolicznościach decyzji, jaką jest odesłanie ks. Lemańskiego na przymusową emeryturę. To bolesne, bo cierpi nie tylko ukarany ksiądz, ale cały Kościół. Jeszcze boleśniejsze były późniejsze ataki i pomówienia wobec abp Hosera, niektóre wręcz obrzydliwe i przekraczające granice przyzwoitości. (nie tylko w wykonaniu ks. Wojciecha).

To nie koniec bitwy


Decyzja abp Hosera to nie koniec sprawy ks. Lemańskiego. Na szczęście jest jeszcze Pan Bóg, który z każdego zła potrafi wyciągnąć dobro. Nie odbieram ks. Lemańskiemu dobrych intencji – je zna tylko ksiądz i Bóg. Wierzę, że przynajmniej na początku swojej walki chciał dobrze. Ale potem popełnił wg mnie dwa błędy. Po pierwsze – chyba zagubił się w kwestii posłuszeństwa. Pamiętajmy, że pierwszym grzechem ludzi było właśnie… nieposłuszeństwo. Po drugie – źle dobrał „przyjaciół”, którzy uczynili mu niedźwiedzią przysługę. Bo gdy ludzie mediów, na co dzień atakujący Kościół, zaczynają popierać duchownego, udostępniają mu łamy gazet i portali internetowych, sprawa zaczyna wyglądać podejrzanie. Ale to już równia pochyła – pojawiają się kolejni „obrońcy”, którzy osobą ks. Lemańskiego próbują walczyć z Kościołem.

Otwarty bunt przeciwko decyzji abp Hosera o administracyjnym usunięciu ks. Lemańskiego z parafii w Jasienicy, uparte trwanie w błędnej interpretacji prawa kanonicznego i wplątanie parafian w spór dobitnie pokazały, że jedynymi zwycięzcami (jak na razie) są pycha i przeciwnicy Kościoła.

Trzeba się zatrzymać, paść przed krzyżem na kolana i wsłuchać się w to, co mówi Pan Bóg. Trzeba prosić o pokorę i posłuszeństwo – trzeba, bo nie ma innej drogi – nie tylko dla ks. Lemańskiego, ale dla nas wszystkich.
Bartosz Orliński


Aktualizacja:

Ks. Lemański przyznał, że źle zinterpretował prawo kanoniczne. Przepisy Kodeksu Prawa Kanonicznego pozwalają na wstrzymanie wykonania decyzji o usunięciu z urzędu proboszcza, jeśli proboszcz złoży odwołanie, jednak tylko w przypadku, gdy usunięcie to jest karą. W przypadku ks. Lemańskiego abp Hoser skorzystał ze zwykłej ścieżki administracyjnej, a takim przypadku Kodeks nie przewiduje wstrzymania wykonania decyzji biskupa. Ks. Lemański zapowiedział, że odwoła swoją decyzją co do pozostania w parafii.

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Komentarze (2) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Zacznij od: najciekawszych najstarszych najnowszych

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB

  1. x #1175494 | 94.194.*.* 19 sie 2013 18:02

    nie nam dane sądzić

    ! - + odpowiedz na ten komentarz

  2. O #1154972 | 130.180.*.* 28 lip 2013 16:49

    Wy a bog cwanaki

    ! - + odpowiedz na ten komentarz