Niedziela, 25 czerwca 2017

Niech moc będzie z Tobą

2016-01-16 12:00:00 (ost. akt: 2016-02-24 10:12:46)
Chociaż współczesny świat chce uchodzić za świecki i areligijny, ogromne zainteresowanie "jasną stroną mocy" świadczy o religijnym głodzie.

Chociaż współczesny świat chce uchodzić za świecki i areligijny, ogromne zainteresowanie "jasną stroną mocy" świadczy o religijnym głodzie.

Autor zdjęcia: pixabay.com

Podziel się:

Niewielu kinomanów stwierdziłoby zapewnie, że nie wie, skąd pochodzi to zdanie. Od roku 1977, gdy pierwszy epizod gwiezdnej epopei trafił do kin, ta pasjonująca opowieść zdołała podbić wyobraźnię milionów ludzi na całym świecie.

Niewielu kinomanów stwierdziłoby zapewnie, że nie wie, skąd pochodzi to zdanie. Od roku 1977, gdy pierwszy epizod gwiezdnej epopei trafił do kin, ta pasjonująca opowieść zdołała podbić wyobraźnię milionów ludzi na całym świecie.
Dziś, gdy na ekrany trafia epizod nr 7, „Gwiezdne wojny” to świetnie prosperujący zespół intratnych przedsiębiorstw, które zarabiają już nie tylko na samych filmach, ale także na mnóstwie gadżetów z nimi związanych, a także licznych powieściach, opisujących dalsze losy głównych bohaterów sagi.

Fabuła poszczególnych odcinków, która ‒ jak zresztą przyznają twórcy ‒ jest stosunkowo prosta, zainspirowana klasycznymi motywami pochodzącymi z westernów i filmów przygodowych, zostaje przeniesiona w inny czas i miejsce, „do pewnej odległej galaktyki”. Zważywszy liczbę filmów z gatunku science-fiction, zalewającą obecnie rynek filmowy, niezwykła popularność gwiezdnej sagi może dziwić. Co sprawia, że fankluby „Gwiezdnych wojen” gromadzą takie rzesze spragnione uczestnictwa (choćby jedynie wirtualnego) w nigdy niekończącej się konfrontacji między zwolennikami Republiki („jasna strona Mocy”) oraz Imperium („ciemna strona Mocy”)?

Trzeba przyznać, że dla każdego amatora fantastyki naukowej pierwszy odcinek „Gwiezdnych wojen” z końca klat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, zatytułowany „Nowa nadzieja”, był absolutnym objawieniem. Mimo raczkującej jeszcze wtedy technologii komputerowej, galaktyczny świat na ekranie wydawał się być niezwykle realistyczny. To właśnie to niemalże doskonałe złudzenie rzeczywistości odróżniało film Georga Lucasa od wszystkich innych filmów tego gatunku, w których futurystyczne urządzenia, pojazdy i technologiczne wynalazki wydawały się rażąco sztuczne, sterylne i zupełnie nierzeczywiste. Nie ulega wątpliwości, że ta aura alternatywnego uniwersum, które wprawdzie znajduje się „w jakiejś odległej galaktyce”, ale jednocześnie wydaje się być tak bliskie i atrakcyjne, sprawiała, że kolejne części sagi przyjmowane były z entuzjazmem, przynajmniej przez nieustannie powiększającą się grupę oddanych fanów. Jak w każdym dobrym westernie, ostatecznie w każdym odcinku „Gwiezdnych wojen” zwycięża dobro, chociaż już w następnym odcinku okazuje się, że nie jest to zwycięstwo trwałe. Ten prosty schemat, powiązany z wykorzystaniem do realizacji poszczególnych scen coraz to bardziej wyrafinowanej techniki komputerowej, wydają się być pewną receptą na sukces całej produkcji. Liczby zdają się to potwierdzać: tylko w pierwszym dniu premiery siódmej części „Gwiezdnych wojen” zwróciły się koszty jego produkcji, a przewidywane zyski sięgają sumy 200 mld dolarów.

Mimo tych niewątpliwych atutów gwiezdnej sagi jako całości, „Przebudzenie mocy” ‒ bo tak nazywa się jej siódmy epizod, ostatecznie rozczarowuje. Kto oczekiwał jakiejś nowej jakości, ma po wyjściu z kina mieszane uczucia. Wiele scen przypomina motywy z poprzednich części, począwszy od zmagania z (tym razem kilkakrotnie już większą) „gwiazdą śmierci”, poprzez dosyć szablonowo nakreślone postacie reprezentujące „ciemną stronę Mocy”, aż po sceny pojedynków na miecze świetlne, ucieczek i pościgów, do bólu przypominające ujęcia z poprzednich epizodów. Postaciom brakuje wyrazistości, a rozwój akcji jest łatwo przewidywalny. Jedynym, co może zafascynować widza, jest to samo, co przed z górą trzydziestu laty, mianowicie odczucie realizmu całej historii, jeszcze bardziej podkreślone przez użycie najnowszej techniki komputerowej.
Krytyczne uwagi pod adresem nowej odsłony „Gwiezdnych wojen” nie zrażą zapewnie oddanych fanów gwiezdnego uniwersum, w którym „dobrzy” usiłują rozpaczliwie przywrócić równowagę Mocy, podczas gdy „źli” próbują użyć jej ciemnej strony, by zapanować nad całą galaktyką. Zapewnie właśnie w elemencie religijnym tkwi jeszcze jeden powód popularności „Gwiezdnych wojen”. Jak stwierdził J. J. Abrams, reżyser najnowszego odcinka, dla wielu widzów jest to nie tylko film, ale wręcz religia. W tle każdego z siedmiu dotychczasowych filmów (a dwa kolejne zostały już zapowiedziane na lata 2016 oraz 2019) pojawia się rzeczywiście motyw, który można by określić jako religijny, a którym jest właśnie owa tajemnicza Moc. Bohaterowie sagi twierdzą, że Moc związana jest ze wszystkim, co żyje. Mogłoby to wskazywać na jakąś boską istotę albo raczej bezosobową boską siłę. Obdarza ona wybrane przez siebie istoty nadzwyczajnymi możliwościami, pozwala im wpływać na myśli innych i dokonywać niezwykłych czynów, dobrych bądź złych. Moc jest bowiem siłą ambiwalentną, zawierającą w sobie zarówno elementy dobra, jak i zła, mającą swoją jasną, ale i ciemną stronę. W walce, jaką toczą bohaterowie sagi, chodzi nie tyle o zniszczenie zła, ile o przywrócenie równowagi owej Mocy.
Trudno się dziwić, że w świecie, który z jednej strony coraz bardziej chce uchodzić za świecki i areligijny, a z drugiej w żaden sposób nie potrafi wyzbyć się religijnego głodu, taka nieco ezoteryczna wizja boskiej Mocy może mocno przemawiać do wyobraźni.

Ks. Marian Machinek MSF

Źródło: Gazeta Olsztyńska

Komentarze (0) pokaż wszystkie komentarze w serwisie

Dodaj komentarz Odśwież

Dodawaj komentarze jako zarejestrowany użytkownik - zaloguj się lub wejdź przez FB